Brama do innego świata.


Przede mną, na horyzoncie – brama do świata, w którym pragnę być. Nad bramą Chrystus, który swoją postawą zachęca mnie, abym ruszył ku temu, co przede mną. Rozochocony zaproszeniem ruszam. Wtem jakaś siła unosi mnie nad ziemię, nie mogę się ruszyć. Panicznie pragnę się czegoś chwycić. Zyskać punkt podparcia. Ktoś musiał czytać w moich myślach. Obok mnie znalazły się poręcze. Kurczowo chwyciłem się nich. Zacisnąłem z całych sił. Poczułem ulgę.
– Ufff.. Już jest dobrze- pomyślałem sobie. Uśmiechnąłem się do siebie z poczuciem ulgi i wszechogarniającego poczucia bezpieczeństwa.
Razem z poręczami zacząłem opadać w dół. Poczułem ucisk w okolicy żołądka. Nie trwało to jednak długo. Moje stopy oparły się o ziemię.
– Ktoś mi pomaga – pomyślałem. Dziękuję – wypowiedziałem głośno.
W jednej chwili uśmiech, który pojawił się na twarzy zmienił się w grymas wyrażający zdziwienie wynikające z niezrozumienia sytuacji.

Chciałem wyjść na spotkanie swojemu przeznaczeniu, lecz nie byłem w stanie tego zrobić. Moje ręce, wbrew mojej woli przywarły do drążków tak mocno, że nie byłem w stanie ich oderwać używając siły swoich mięśni. Im bardziej próbowałem tym siła ich zaciśnięcia jeszcze bardziej się zwiększała. Miałem wrażenie, ze za chwilę moje dłonie a przez to i całe moje ciało, staniemy się z nimi jednością.
– Żałosna unieruchomiona hybryda. Człekokształtna postać zespolona z dwoma kawałkami żelaza. Oto co ze mnie zostało. Nie mogłem się ruszyć. Właściwie robiłem NIC. Przez głowę z prędkością i siłą tornada przewijały się nie dające się opanować myśli, których wspólnym mianownikiem było kołaczące do drzwi mojej niepewności pytanie: DLACZEGO? Mój cel był w zasięgu mojego wzroku a ja nic nie mogłem zrobić. Stałem tak z każdą chwilą coraz bardziej zrezygnowany. Czułem jak wcześniejsza radość, euforia na samą myśl o tym jak mogłoby być wspaniale żyjąc tak, jak sobie wymarzyłem ustępują miejsca zrezygnowaniu i apatii. Siły życiowe zaczęły mnie powolnie, ale konsekwentnie opuszczać. Z każdą przemijającą sekundą coraz bardziej uświadamiałem sobie ironię i paradoks sytuacji w której się znalazłem. W poczuciu beznadziei zacząłem się gorzko śmiać. Śmiech przypominał łkanie. Zastanawiasz się jak to jest? Spróbuj. Kiedy odczuwasz ból – zacznij się śmiać.. Nie jest to szczere, jest nieadekwatne do sytuacji, ale tak, czy owak, jest to śmiech. Śmiech mimo bólu, albo przez ból…
Kiedy tak trwałem w wariackim stanie świadomości, pozbawiony nadziei, wydający z siebie rechot rozpaczy zauważyłem, że palce moich dłoni obejmują obręcz z jeszcze większą siłą niż przed chwilą.
Moja twarz zastygła w zdumieniu. Głos zamilkł w jednej chwili. Przez ciało przeszedł dreszcz zrozumienia.
– We mnie była przyczyna, która trzymała mnie w tajemniczym, najsilniejszym uścisku jakim znałem – pomyślałem – Im bardziej z nią walczyłem, tym ona jeszcze bardziej rosła w siłę. Kiedy znalazłem się w stanie zrezygnowania jej moc omal nie zmiażdżyła moich rąk. Stała się na tyle duża by niepostrzeżenie uniemożliwić mi jakikolwiek ruch. Oddychanie stało się wyzwaniem. Czułem się tak, jakby na mojej klatce piersiowej usiadł dwustu kilogramowy wieprz.
– Zrozumiałem. Tkwiłem w moim małym prywatnym więzieniu, jaki sam przez wiele lat, świadomie bądź nie, dla siebie zbudowałem. Utknąłem w „polu swojego własnego lęku”. Zakotwiczyłem w nim na dobre. Lęki wyznaczyły granice, w obrębie których miało dokonać się moje spełnienie. Tkwiąc w ich granicach miałem nadzieję żyć bezpiecznie pełnią życia.
Żyć, czy raczej całym sobą wegetować. Zdałem sobie sprawę, że życia nie można zakotwiczyć. Każda tego rodzaju próba jest skazana na porażkę.
– Zrozumiałem. Pojąłem. Tylko… co z tego. Nadal tkwię niemal „przyspawany” do jednego punktu swojej drogi. Ponad wszelką wątpliwość jestem bezpieczny. Nikt nie może się do mnie zbliżyć. Ja również nie mogę wykonać żadnego ruchu. Tkwię jakby w niewidzialnej klatce stworzonej z własnych lęków stwarzających pozorne poczucie bezpieczeństwa. Dlaczego pozorne? Bo życie nigdy nie było gwarantem bezpieczeństwa. Życie jest niebezpieczne. Będąc jego częścią nie mogę jemu zaprzeczać. To byłoby głupotą, a mimo wszystko… ech…no właśnie.
Podniosłem głowę. Przestałem się opierać temu co jest. To, co jest – JEST. Siła docisku moich dłoni ustabilizowała się. Swoje spojrzenie skierowałem na miejsce, w którym chciałem być. Poczułem jak moje ciało zaczyna nieznacznie ożywać. poczułem sympatyczne „mrowienie” na plecach oraz promieniujące ciepło rozchodzące się od splotu słonecznego we wszystkich kierunkach.
Pojawiła się we mnie nadzieja, że można jeszcze i tą walkę wygrać. Ośmielony obiecującym początkiem zacząłem coraz bardziej intensywnie myśleć o tym, jak by to było, gdyby moja idea idealnego świata nagle się urzeczywistniła. Jak on by wyglądał. Jak wyglądałoby życie w takim świecie? Jakie relacje łączyłyby ludzi? Jakie wartości stałyby się w nim codziennością. Kim byłbym w tym świecie? Jaka byłaby moja w nim rola? Jak czułbym się w tym świecie?
Moja wizja była na tyle realistyczna, że zatraciłem się w niej bez reszty tracąc kontakt z rzeczywistością. Pomimo, że fizycznie nadal tkwiłem w „martwym punkcie”, mentalnie już żyłem w świecie, który wydawał mi się idealny. Z letargu wyrwało mnie przyjemne muśnięcie wschodniego wiatru. Otworzyłem oczy. Niby wszystko było tak, jak dawniej, ale czułem że coś się zmieniło. We mnie coś się zmieniło. Miałem w sobie wręcz palące pragnienie bycia w świecie, który ożywiłem w swoim umyśle. Brama do niego nadal znajdowała się w zasięgu mojego wzroku. Przekierowałem swoją uwagę na swoje dłonie. Mogłem już poruszać palcami obu rąk.
Ciało wypełniło się energią równej bombie atomowej. Byłem prawie wolny. Mogłem się ruszać, tańczyć w miejscu, lecz dłonie lekko przywierały do przyrządu mojego zniewolenia. Moje silne pragnienie bycia tam, gdzie powinienem być zniwelowało siłę lęku.
Kolejny podmuch tego samego wiatru w dziwny sposób zgrał się w czasie z pytaniem, które pojawiło się w mojej głowie:
– Jeżeli całkowicie uwolnię cię od lęku, co zrobisz ze swoją wolnością?
W tej samej chwili spadło na mnie brzemię odpowiedzialności za moje dalsze życie?
Co zrobię ze swoją wolnością? Czy będę umiał z niej korzystać? Uświadomiłem sobie, że nie będzie to wcale takie proste. Że żyć w lęku jest o wiele prościej…ale nudniej. Każdy dzień przeżywam tak samo. Nie chciałem takiego życia. Pomimo tego, że nie wiedziałem, gdzie zaprowadzi mnie wybrana przeze mnie droga, czy jest właściwa, postanowiłem wziąć odpowiedzialność również za swoją niepewność i pogrążyć się bez reszty w świecie, który zamierzałem urzeczywistnić.
– Tak, wiem, co zrobię ze swoją wolnością.
W tej samej chwili zostałem doświadczony dodatkową energią, która wręcz dosłownie wyrwała mnie z „pola mojego lęku”.
Byłem wolny, całkowicie wolny. Wszystkie kierunki są dla mnie dostępne. Gdziekolwiek nie spojrzę, mogę tam pójść, później skręcić, zawrócić, zmienić kierunek… MOGĘ. Mam taką możliwość. 360 stopni możliwości….
Lecz ja już wybrałem. Idę tam, gdzie chcę być, by dojść tam, kim mam być.
Podążam swoją drogą ogarnięty entuzjazmem. Zbliżam się do bramy. Zatrzymuję się by odczytać napis:
” Każda minuta twojego życia niezainwestowana w twoją pasję jest minutą zainwestowaną w strach”
Wyryłem ten napis na pierwszej wolnej stronie swojej księgi życia.
Przekroczyłem bramę. Ku mojemu zdziwieniu nic tam nie było. Zastałem przyjemną w odbiorze PUSTKĘ. Stało się dla mnie jasne, że wszystko, muszę zbudować sam….

Jedno przemyślenie nt. „Brama do innego świata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *